sobota, 28 maja 2011


                                       Pewne wspomnienie       rozdział II

Najpierw światło przesłoniło mi widok młodzieńca siedzącego na moim łóżku. Później jakaś siła mną szarpnęła, ale on chyba tego nie widział. Coś się dzieje ze mną.
    -Pomocy!- Znów nikt tego nie słyszy.
To koszmarne, muszę się uwolnić.Zaczynam się szarpać, ale on nie daje mi się. Z całej siły kopię w niewidzialną przestrzeń. Jest coraz bliżej. Nie wiem, co teraz nastąpi, ale wiem, że to nie będzie przyjemne.  Przestań.  Rękoma dotykam podłoża, ale jedna ręka dalej piecze, toteż próbuję się uwolnić z więzów drugą. Chyba wreszcie mnie dopadł.
      Jest ciepłe słoneczne lato.W oddali słychać śpiew ptaków i odgłosy natury. Rwąca rzeka szumi, a my z babcią wrzucamy tam kamyki.
-No, proszę Emilko! A jednak nie boli Cię głowa.-Ze śmiechem mówi babcia.
-Bolała.Rano-tłumaczę się.
   Wiem, że mi nie wierzy, bo tak dziwnie mi się przygląda. Dziś nie chciałam iść do szkoły. Coś mówiło mi, że lepiej zostać w domu. Potem dowiedziałam się, dlaczego.
- Chodź, zjemy coś. Zrobiłam Ci pyszną zapiekankę. Chcesz?-Babcia zawsze wie, co ja lubię.
    Kiedyś, gdy jeszcze była z nami mama, codziennie robiłyśmy zapiekanki z majonezem. Siadałyśmy przy stole czekając na gorące danie, podczas gdy mama je robiła. Babcia zawsze umiała mnie rozśmieszyć, jednak gdy mama odeszła, nawet w słoneczne dni, takie jak dziś, babcia przeważnie milczała. Dzisiaj było inaczej. Zostałam, by dodać jej otuchy. Od rana jakoś się źle czuła, więc i ja powiedziałam, że boli mnie głowa. Jeszcze nigdy nie okłamałam babci i dlatego czułam się okropnie.
   Z oddali słyszałam warkot motoru. Pewnie listonosz-pomyślałam. Mężczyzna otworzył furtkę i wszedł do ogrodu.
-Ależ tu macie pięknie!- zawołał od razu.
Lubiłam go. Był to niewysoki człowiek, z łysiną na głowie. Wyglądał i był sympatyczny. Nazywał się Izydor Miedzianowski. Często rozmawiał z babcią o pogodzie i prowadził z nią różne dyskusje, na trudne tematy, takie jak morderstwa, polityka i inne. Oprócz niego, nikt nie przybywał do nas, bo każdemu było za daleko. Jednak mi się podobało takie życie, z dala od zgiełku i hałasu Warszawy. Najbliżej mieliśmy do warszawskiego Mokotowa, jednak jeździłyśmy  tam tylko po zakupy raz na miesiąc.
-Mam 2 przesyłki z urzędu skarbowego i jeden list dla Ciebie, moja droga- oznajmił pan Izydor.
-Dla mnie?-  spytałam  zdziwiona. Nikt nigdy nie pisał do mnie żadnego listu. Internetu tutaj nie mieliśmy, ponieważ w tych rejonach nie było elektryczności, toteż e-mailów także nie dostawałam.
    Na kopercie nie widniało nic, oprócz znaczka i mojego adresu. Dziwne. Jednak list postanowiłam otworzyć dopiero wieczorem, gdy już nakarmię zwierzęta i pomogę babci.
- Proszę wejść, panie Izydorze. Zrobię kawy, mam też pyszne ciasto.- zaprosiła go uprzejmie babcia.  Listonosz nigdy jej nie domawiał, bo staruszka była niezwykle miłą osóbką, a jej wypieki były lepsze niż z mokotowskich cukierni.
    Jednak tym razem, nie wiedzieć czemu, zrobił wyjątek. Byłam zdziwiona, ale to co potem usłyszałam, sprawiło, że ugięły się pode mną nogi. Czułam jak zasycha mi w gardle i nie byłam w stanie nawet spojrzeć  na gościa.
-Nie mogę. Nagły wypadek. Podobno w szkole, do której uczęszcza Emilka, doszło do wypadku. Pewien pan, odziany w czarną skórę i zarośnięty, szukał Ciebie, mała. Tak, tak Ciebie. To dobrze, że dziś nie poszłaś do szkoły. Mógł ci coś zrobić. Był bardzo wściekły i zdesperowany, podobno wypytywał o ciebie. Chyba tak łatwo nie odpuści. Potrącił jedną dziewczynkę tak mocno, że upadła i złamała nogę. To była moje córka-dodał złamanym głosem. Po chwili dodał:
-Lepiej żebyście przez jakiś czas nie wychodziły z domu. On może po Ciebie przyjść. Zachowywał się jak desperat i założę, się, że szybko nie odpuści. Jadę do szpitala, sprawdzić co u Eli. Bądźcie ostrożne!- krzyknął na pożegnanie.
   Nieprzytomnie oparłam się o bramę. Oddychałam ciężko a babcia przyglądała mi się z troską. A więc ON wrócił. Ten, przez którego mamy z nami nie ma.

1 komentarz: